|
Biografia
Historia pisana sercem
Zanim przejdę do mej opowieści najpierw kilka słów o sobie. Mam 26 lat,
jestem osobą niepełnosprawną, od szóstego roku życia choruję na nieuleczalną
chorobę, która powoli paraliżuje moje ciało. Od sześciu lat poruszam się
na wózku inwalidzkim, ponieważ moja choroba rozwinęła się na tyle, że unieruchomiła
moje nogi. Co roku staram się wyjeżdżać na kolonie lub wczasy, aby zmienić
trochę klimat i otoczenie. Historia, którą teraz opowiem wydarzyła się właśnie
na jednej z takich kolonii.
Wszystko zaczęło się w 1995 roku. Latem udało mi się "załapać" na
kolonie do miejscowości Skoki leżącej w pobliżu Wągrowca - jednej z najbardziej
znanych w Wielkopolsce miejscowości wypoczynkowych dla osób niepełnosprawnych.
Kolonie miałem w terminie od 18-tego lipca do 1-go sierpnia. Jechałem na
nie z mieszanymi uczuciami, a nawet z lekką obawą, ponieważ to miały być
moje pierwsze kolonie spędzone na wózku inwalidzkim. Jednak moje obawy okazały
się bezpodstawne, gdyż jeszcze nigdy nie przeżyłem takich wspaniałych wakacji.
Ponieważ nie wytrzymałbym całej drogi w autokarze - rodzice zawieźli mnie
do Ośrodka w Skokach naszym samochodem. Po drodze zatrzymaliśmy się na przydrożnym
parkingu na obiad, więc do Ośrodka zajechaliśmy z lekkim opóźnieniem. Reszta
kolonii była na obiedzie, a ja wykorzystałem ten czas aby się trochę rozejrzeć
po Ośrodku. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Po obiedzie zaczęły
się sprawy organizacyjne, zakwaterowanie w pokojach i pierwsze nieśmiałe
próby poznawania się nawzajem. Później mieliśmy zebranie, na którym mieliśmy
poznać nasze opiekunki i być porozdzielani na grupy. Już od pierwszej chwili
tego zebrania nie mogłem oderwać wzroku od jednej z opiekunek. Była taka
śliczna, że sobie pomyślałem: "Nawet Bóg się nami opiekuje przysyłając
tutaj jednego ze swoich aniołów". Marzyłem o tym aby zaopiekowała się
moją osobą, lecz z powodu mojej ogromnej nieśmiałości nie miałem odwagi ją
o to poprosić. Lecz w duchu błagałem los aby choć raz był dla mnie przychylny.
I oto stał się cud! Los spojrzał na mnie łaskawym okiem i wysłuchał moich
cichych błagań. Dostałem się pod opiekuńcze skrzydła mojego cudownego anioła.
Miała na imię Agnieszka, była rok młodsza ode mnie i była najcudowniejszą
opiekunką, jaką kiedykolwiek miałem. Łagodna, uprzejma, delikatna, niewiarygodnie
piękna i opiekująca się mną "sercem i duszą". Nic więc dziwnego,
że pokochałem ją od pierwszej chwili. Bo tylko człowiek o kamiennym sercu
nie pokochałby takiej prześlicznej istoty. Po raz pierwszy w moim życiu byłem
zakochany i po raz pierwszy byłem naprawdę szczęśliwy. Lecz nigdy nie miałem
odwagi wyznać Agnieszce mojej miłości. Trochę bałem się jej reakcji, a poza
tym miałem takie dziwne odczucie, że nie mam prawa pokochać takiej bogini.
Ja - zwykły, szary (i powoli umierający na nieuleczalną chorobę) człowieczek
nie powinienem sięgać po najjaśniejszą gwiazdę na niebie. Dlatego nigdy nie
poruszałem tematu mojej miłości do Agnieszki. A Agnieszka również niczego
nie zauważyła w moim zachowaniu, ponieważ w jej obecności starałem się zachowywać
normalnie (chociaż czasami moje serce krzyczało z całych sił: "Kocham!!!").
Dwa tygodnie kolonii minęły jak z bicza strzelił. Ledwie człowiek przyjechał,
a tu już trzeba było powoli się pakować do wyjazdu. Samochodem przyjechała
po mnie moja mama. Usadowiłem się w samochodzie, mama poszła do pokoju po
moje rzeczy, a ja miałem kilka minut aby pożegnać się z Agnieszką. Czułem
się jakby ktoś serce ścisnął mi w imadle, ogarnął mnie ogromny smutek, a
w oczach błysnęły mi łzy. Chciałem Agnieszce powiedzieć o tym co się dzieje
w moim sercu, lecz znów to odczucie, że nie mam prawa... Wymieniliśmy się
adresami i obiecałem, że będę do niej pisał. Poprosiłem ją o jakiś osobisty
drobiazg na pamiątkę. Zdjęła wtedy kolorową gumkę z włosów i wręczyła mi
ze słowami: "Jakie to romantyczne". Serce mi się krajało z bólu
a łzy tak cisnęły mi się do oczu, że z ledwością je powstrzymałem. Przyszła
mama z moim bagażem, wsiadła do samochodu i... odjazd. Trzymając w ręku pamiątkę
od Agnieszki czułem jak łzy płyną mi po twarzy, pomyślałem sobie, że teraz
już nie muszę ich powstrzymywać i rozpłakałem się jak małe dziecko. Płakałem
tak aż do samego domu. Moja tęsknota za Agnieszką była ogromna. Pisaliśmy
do siebie listy i w końcu zebrałem się na odwagę i w jednym z moich listów
opisałem Agnieszce moją miłość do niej. Po tym liście przestała do mnie pisać.
Załamałem się kompletnie i "zamknąłem się w sobie". Minął rok.
W grudniu 1996 roku spadło na mnie kolejne nieszczęście: mój ojciec zginął
w wypadku samochodowym. I jakby na złość mojemu przeklętemu losowi otrzymałem
kartkę z życzeniami świątecznymi od Agnieszki. Ta kartka była dla mnie jak
promień słońca na pochmurnym niebie. Na krawędzi załamania nerwowego poprosiłem
ją aby nie zostawiała mnie samego, lecz znów nie otrzymałem odpowiedzi na
mój list. Mijały kolejne miesiące, lecz nigdy nie mogłem zapomnieć o mojej
ukochanej. W ubiegłym roku przyszło mi na myśl, że skoro Agnieszka wtedy
wysłała do mnie kartkę na święta, to widocznie nie zapomniała o mnie i chyba
nie jest na mnie zła za te moje listy. Pomyślałem także, że teraz mógłbym
ja wysłać do niej życzenia świąteczne. Oprócz życzeń napisałem do niej krótki
list, w którym przeprosiłem ją za moje listy. Po kilku dniach otrzymałem
od niej odpowiedź. Nie była na mnie wcale zła, również nie zapomniała o mnie.
Mój list bardzo ją zaskoczył, ale zarazem ucieszył. Poprosiłem ją aby wysłała
mi swoje zdjęcie. Otrzymałem je w kolejnym liście. Spojrzałem na jej cudowną
twarz, zrobiło mi się gorąco w sercu i wiedziałem, że nadal ją kocham do
szaleństwa. W tym samym liście na kopercie napisany był fragment pewnego
wierszyka, a w liście znalazłem wyjaśnienie, że kolejne fragmenty tego wierszyka
będziemy pisać w następnych listach. Wiadomość ta tak bardzo mnie ucieszyła,
że z radości łzy popłynęły mi po twarzy. A jednak wszystko mi wybaczyła skoro
chce ze mną dalej się przyjaźnić. Jednak nauczony poprzednim doświadczeniem
tym razem postanowiłem nic jej nie pisać o mojej miłości do niej. Lecz jak
długo mogę ten fakt ukrywać przed Agnieszką? Już teraz czuję się nieswojo
ukrywając coś przed nią. Jest dla mnie taką wspaniałą przyjaciółką, mogę
się jej zwierzyć ze wszystkich moich smutków, radości i kłopotów. Piszę jej
dosłownie o każdym dniu mojego życia, zna moje największe sekrety, moje myśli
- z wyjątkiem mego największego sekretu. Tego, że kocham ją "ciałem
i duszą". Napisałem do niej list, w którym opisałem jej wszystko to,
co się dzieje w moim sercu, lecz czy powinienem go do niej wysłać? Czy tym
razem nie stracę jej na zawsze? A może jednak szczęście uśmiechnie się do
mnie? Może moja miłość spotka się ze zrozumieniem i zostanie odwzajemniona?
Tylko moja ukochana Agnieszka zna odpowiedź na te pytania.
|
 |