|
Pamiętnik
Jakie strony są najczęściej odwiedzane? Jakie mają powodzenie wśród internautów?
Zapewne takie, na których coś się dzieje, które są często aktualizowane.
Wprawdzie ani zdrowie, ani dostęp poprzez zwykły modem nie zachęcają
do intensywnego korzystania z Sieci,
mimo to postanowiłem prowadzić coś w rodzaju pamiętnika online. Nie będą to codzienne
wpisy typu: "wstałem z łóżka, zjadłem śniadanie...", bo nie miałbym
na to ani czasu, ani zbytniej ochoty. Lecz w miarę możliwości i tematu do
opisywania
postaram się dokonywać kolejnych wpisów. Czasami raz w miesiącu, czasami
rzadziej (lub częściej), ale mimo wszystko warto od czasu do czasu wpaść
na tę stronę i poczytać co tam słychać u Tomka...
Mineły prawie dwa miesiące
i oto nadciągam w kolejnym odcinku serialu pt. "Życie Tomasza Przybysza".
Dziś jest 28 września 2005 roku, jestem po pierwszym samodzielnym
spacerze, ale o tym za chwilę...
Niestety, moje marzenia o
stałym łączu prysły jak bańka mydlana. Przyjechali specjaliści z firmy
ze Śremu, która miała tu zamontować nadajnik, zmierzyli poziom sygnału
i... okazało się że nie da rady. Żabno jest oddzielone od Brodnicy niewielką
górą, lecz
to 100-metrowe wzniesienie sprawia, że nasza wieś jest skutecznie "odgrodzona"
i znajduje się w takim jakby dołku geograficznym. Nie można podpiąc się
pod nadajnik w Brodnicy, bo jest zasłonięty przez tę górę, Śrem i Mosina
są daleko i zasłonięte lasami... jednym słowem klops. Nadal muszę się męczyć
na modemie i wygląda na to, że nieprędko się coś tu zmieni. :-(
Moje święta upłynęły cicho
i spokojnie. Gdy obudziłem się rano 18 września, to uświadomiłem sobie,
że oto niepostrzeżenie (o godz. 2:40 w nocy) licznik moich lat przeskoczył
na cyfrę 33. Trochę to dziwne - położyć się spać w wieku 32 lat, a obudzić
się mając ich 33.
Dzień spędziłem u Edyty w restauracji, zresztą ani nie planowałem żadnej
imprezy urodzinowej, ani też nie spodziewałem się gości, więc nie było
sensu siedzieć w domu. U Edyty miałem przynajmniej towarzystwo
do rozmowy, więc nie czułem się taki samotny.
4 dni później (22 września) mama w prezencie imieninowym zabrała mnie na
mały spacer do lasu na Krajkowo. Wzięliśmy w koszyk dobrą czekoladę
(aby sobie osłodzić spacer) i wyruszyliśmy z domu po obiedzie.
Pogoda była taka w sam raz - temperatura około 23 stopni, słonecznie, śladowe
ilości wiatru - więc szło się z przyjemnością.
W lesie mama zrobiła mi fotki (są na stronie ze zdjęciami), a potem wziąłem
się za konsumpcję czekolady i SMSowanie, a ona przeszła się po lesie sprawdzić
czy są grzyby. Na grzyby było za sucho, więc wkrótce wróciła.
Podczas powrotu wstąpiłem na chwilę do Edyty i trochę tam zostałem. Siedzieliśmy
sobie na dworze, grzaliśmy się w ostatnich promieniach letniego słońca,
przy okazji zrobiłem Edycie zdjęcie, a wieczorem wróciliśmy do mnie do
domu na imieninowy placek (upieczony przez mamę) oraz lampkę wina.
Trochę mi było smutno z powodu
wózka elektrycznego, bo przez te kiepskie akumulatory nie mogłem nigdzie
wyjechać, chociaż pogoda była idealna na spacery. Na szczęście dzięki pomocy
i sponsoringowi przyjaciół (którzy chcą pozostać anonimowi ;-) ) udało
mi się zakupić nowe akumulatory i na początku tygodnia (ostatniego we wrześniu)
firma
kurierska
przywiozła
mi
zamówiony
towar - dwa akumulatory 80Ah. Wczoraj (27 września) przyjechał do mnie
znajomy (który mi wcześniej ten wózek robił) i przełożył oraz podłączył
te akumulatory (bo starych mama nie mogła udźwignąć).
Po obiedzie postanowiłem skorzystać z ładnego dnia i wybrać się w końcu
na "jazdę próbną". Mama pomogła mi wyjechać z domu i... ruszyłem w trasę.
Wózek jechał w tempie średniego spaceru, jechało się nim naprawdę ekstra.
Podjechałem pod restaurację aby pokazać się Edycie, a potem ruszyłem dalej.
Najpierw na cmentarz na grób ojca, a przy okazji przekonałem się, że wózek
pięknie daje sobie radę z nierównym terenem. Potem asfaltem dookoła Żabna,
ale po jakimś czasie zorientowałem się, że to nie jest tak łatwo z tą jazdą.
Metalowa "puszka" z joystickiem do sterowania trochę jednak ważyła i po
przejechaniu jakichś 300 metrów musiałem się na chwilę zatrzymać i dać
rękom odpocząć.
Ale jechało mi się naprawdę wygodnie, wózek jest dopasowany w sam raz i
po dwóch godzinach przebywania na nim nie odczuwałem żadnych problemów
z niewygodnym siedzeniem.
Teraz tylko czekam na kolejną falę lepszej pogody, bo dziś niebo jest zachmurzone
i zaczynają się właśnie opady deszczu.
Także fotki z tego spaceru są na mojej stronie ze zdjęciami.
Moi kochani, to już niestety
ostatni wpis w moim pamiętniku. Od jakiegoś czasu czuję się zmęczony, a
raczej przemęczony, marzy mi się solidny odpoczynek, a potem zmiana trybu
życia. Dlatego też moja strona nie będzie już uaktualniana, a ja idę na
"emeryturę". ;-)
Męczę się także na modemie, zatem postanowiłem odpocząć sobie także
od Internetu. Przez jakiś czas będę w trybie offline, ale od czasu do czasu
będę wpadał sprawdzać pocztę, więc jakby co to możecie do mnie pisać. Nie
odchodzę na zawsze, więc nie stracicie ze mną kontaktu, jedynie przez jakis
czas będę trochę mniej dostępny online.
Odpocznę sobie od tego ciągłego klepania w klawiaturę, poczytam ebooki
zalegające mój dysk i czekające na przeczytanie, a potem... może znajdę
sobie pracę, może w końcu zrobię jakiś kurs językowy - może uda mi się
zmienić coś w moim życiu. Nie udało mi się znaleźć miłości, nie udało się
wydać mojej biografii w formie książkowej, ale może jeszcze życie mnie
zaskoczy i któreś z tych marzeń jeszcze się spełni?
W każdym razie nie planuję już powrotu na moją stronę, przez te lata jej
prowadzenia chyba się już wypaliłem i nie mam sił dalej ją uaktualniać.
Oczywiście strona pozostaje na swoim miejscu, nie zniknie, ale nie będzie
już więcej wpisów w pamiętniku.
Dziękuję za wszystkie miłe
słowa, jakie od Was słyszałem, za to że daliście mi tyle sił do zmagania
się z moją chorobą, a przede wszystkim za to, że dzięki Wam zobaczyłem,
że takie strony www jak moja są także potrzebne w Internecie.
Jeśli chcecie zobaczyć jej początki, to spójrzcie tu:
http://web.archive.org/web/*/http://www.fop.cad.pl
oraz:
http://web.archive.org/web/*/http://www.fop.prv.pl
A tymczasem dziękuję Wam za
wszystko i... żegnajcie.
Upłynęło trochę czasu i znów
wracam dokonać wpisu do mojego pamiętnika. Prawie połowa sierpnia (12
sierpnia 2005 roku), ale pogoda wcale nie jest letnia, jest zimno
i wietrznie...
Na początek może taki mały
raport zdrowotny:
Aktualnie moje zdrowie jest tak kiepskawe jak pogoda za oknem - bóle mięśni
wciąż się nasilają, rano budzę się całkiem połamany, a w ciągu dnia mam
coraz większe problemy z dłońmi (drętwienie, skurcze jakby od
reumatyzmu), bóle w żuchwie przy jedzeniu, czasem z trudem mogę usiedzieć
na wózku z powodu obolałych nóg... chyba zaczynam się już sypać na starość...
Rozrywek kulturalnych nie
miałem ostatnio żadnych; chciałem znów się przejść do Jaszkowa na konkurs
jeździecki, niestety w tym roku nie było latem żadnych zawodów, więc nic
z tego nie wyszło. Także w okolicy nie było żadnych ciekawych festynów...
kompletna posucha...
Na szczęście towarzysko było
trochę lepiej, odwiedziło mnie parę znajomych osób, m.in. takie, które
znałem dotychczas tylko przez Internet.
I jedna wizyta ucieszyła mnie szczególnie - po prawie roku niewidzenia
się wreszcie miałem możliwość spotkania Ewy (przyjaciółki znanej
Wam z mojej biografii). Była u rodziny w sąsiedniej wsi i gdy tylko znalazła
trochę wolnego czasu, to przyjechała do mnie na kawę. Trochę się zmieniła,
ale nadal jest tą samą słodką Ewcią, którą zapamiętałem z dawnych czasów...
:-)
Jakiś czas temu przeżyłem
prawdziwą niespodziankę...
Ponieważ mój wymarzony wózek elektryczny kosztuje ok. 20 tys. zł, więc
straciłem już nadzieję, że kiedykolwiek będę mógł sobie sam wyjechać na
spacer. Ale znajomy obiecał mi załatwienie takiego specjalnego silnika
do mojego wózka, dzięki któremu mógłbym sobie sam jeździć.
Przyjechał do mnie pewnego dnia z wizytą, ponieważ dawno się nie widzieliśmy,
to trzeba było trochę pogadać co się u nas wydarzyło. Nie pytałem go o
ten silnik, bo stwierdziłem że nie wypada. :-)
Następnego dnia znów przyjechał i... okazało się, że zamiast silnika przywiózł
mi... wózek elektryczny. Oczywiście używany, ale w dobrym stanie.
Jako że ten wózek był taki "standardowy" - krótkie podnóżki, krótkie i
proste oparcie - więc trzeba było go trochę przerobić. Na przeróbkę musiałem
czekać dość długo, bo zanim się znalazł odpowiedni mechanik z odrobiną
czasu i chęcią do pracy, to wózek sobie stał bezczynnie prawie dwa miesiące
(!).
Ale potem poszło błyskawicznie - odpowiednie wygięcie podnóżków, dorobienie
dłuższego oparcia, mam nawet światła oraz klakson - teraz ładuję akumulatory
i gdy tylko pogoda się poprawi, będzie trochę cieplej (bo przez to zimno
jestem
trochę
przeziębiony),
to
zamierzam wybrać się na jazdę próbną po Żabnie. :-)
I cieszę się przeogromnie, że już wreszcie nie będę od nikogo zależny,
że pojadę sobie na spacer wtedy gdy ja chcę, a nie wtedy
gdy się znajdzie ktoś chętny do prowadzenia mojego wózka.
A moje nowe BMW (Bardzo Mały Wózek ;-) )
możecie zobaczyć na podstronie Zdjęcia -
fotki robione przez znajomego komórką, ale
w miarę dobrej jakości.
Również w sprawie Internetu
mam nadzieję że się wkrótce coś ruszy, bo podobno mają niedługo zakładać
sieć radiową w Żabnie. Tak więc jest duża szansa, że po pięciu latach korzystania
z modemu wreszcie doczekam się stałego, bezlimitowego łącza internetowego.
Być może następny wpis dokonam już w pełni online. :-)
A tymczasem żegnam się z Wami,
do poczytania w następnym wpisie...
W kalendarzu 16 czerwca
2005 roku, za oknem po nocnej burzy powietrze jest rześkie i
wilgotne, a ja zabieram się za uzupełnienie mojego pamiętnika...
Poprzedni wpis zakończyłem
trochę dramatycznie, ale byłem w tak kiepskim stanie, że nie wiedziałem
co ze mną będzie. Dziś mogę Wam powiedzieć, że kilka dni później miałem
kolejny atak mojej wstrętnej choroby - FOP znów ruszyła do walki z moim
organizmem. Bitwa była dość długa, ale znów wygrałem.
Jednakże z każdym upływającym tygodniem coraz częściej odczuwam bóle mięśni,
szczególnie podczas gwałtownych zmian pogodowych, jakie ostatnio przechodzą
nad Polską.
Także wykonywanie codziennych czynności typu umycie się czy pisanie maili
przychodzi mi z coraz większym trudem, szybciej się męczę...
Ale na szczęście w parze z pogarszającym się zdrowiem jest w miarę dobry
nastrój, więc nie jest tak źle...
Na początku maja otrzymałem
miłą niespodziankę, o której już całkowicie zapomniałem. :-)
Zaczęło się od pewnego maila wysłanego dwa miesiące wcześniej...
Czasem gdy w tv nie ma nic ciekawego, to włączam sobie satelitę i mimo
mojej nikłej znajomości języka niemieckiego oglądam sobie przeróżne programy.
Kiedyś trafiłem na kanał 9Live, na którym są pokazywane różne rebusy i
zagadki "na żywo". Nie powiem, fajna zabawa, a i kasy można trochę wygrać...
Zwróciła wtedy moją uwagę pewna ślicznotka prowadząca program. ;-) Poszukałem
trochę w Internecie i znalazłem jej stronę www.
Alida Nadine Kurras jest troszkę
młodsza ode mnie, występowała w niemieckim Big Brotherze, a obecnie oprócz
dyżuru w 9Live prowadzi także swój talk-show
w Pro7 ("Das Gestandnis - Heute sage ich alles" - od poniedziałku do piątku,
około godz. 14.30).
Ponieważ bardzo mi się podoba, więc zdecydowałem się napisać do niej maila
(po angielsku) z prośbą o zdjęcie z autografem. Tak też uczyniłem podawszy
w mailu mój adres, a także napisawszy kilka komplementów. ;-)
O mailu zdążyłem już dawno zapomnieć, gdyż nie było na niego żadnej odpowiedzi,
chociaż dotarł na pewno. A tu pewnego dnia otrzymuję pocztą kopertę, dość
grubą, a stempel wskazuje na Niemcy. Myślałem, że może ktoś ze znajomych
wysłał mi kartkę, lub może list od niemieckiej grupy chorych na FOP.
Otwieram, patrzę... a tu... kilka ślicznych zdjęć Alidy, w tym jedno (to
najładniejsze) z osobistym autografem dla mnie. :-)
Warto jednak zdobyć się czasem na odwagę i napisać do sławnych osób. :-)
Natomiast pod koniec maja
miałem mały spacer do lasu, na którym... po raz pierwszy zdarzyło mi się...
zabłądzić. I to w lesie, po którym wielokrotnie chodziłem jako dzieciak.
Na spacer wybrałem się z Sylwią - moją sąsiadką. Zachciało nam się iść
do lasu na Krajkowo, ale drogą polną. Z początku droga była w miarę dobra,
twarda, więc jechało się dobrze. W lesie
była już bardziej piaszczysta, więc było już trochę gorzej, ale dało
się jechać...
Przejechaliśmy kilkaset metrów i skręciliśmy w boczną drogę aby
dotrzeć okrężną trasą do szosy biegnącej przez las. Gdy wyjechaliśmy
zza zakrętu na prostą, to... droga wydawała się bardzo długa, a pod
koniec jeszcze pod górę. Ale mówi się trudno - jedziemy na szosę.
Kilka razy ugrzązłem w piachu, ale w końcu jakoś przejechaliśmy do
końca drogi (dobre pół kilometra), aby dojechać do... skrzyżowania
trzech leśnych, bardzo piaszczystych dróg, wiodących niewiadomo gdzie.
Myślałem, że Sylwia mnie udusi. ;-)
Wróciliśmy tą samą drogą, trochę pogryzieni przez komary, ale w końcu
udało nam się wyjechać z tego lasu.
I to chyba wszystko na dziś...
Spotkała mnie jeszcze jedna wspaniała niespodzianka, ale o niej następnym
razem, gdy już będzie całkowicie gotowa. :-)
Zapewne wybiorę się także znowu do Jaszkowa na zawody jeździeckie, więc
być może w następnym wpisie poczytacie o mojej kolejnej wyprawie.
A teraz kończę i odmeldowuję się... ;-)
19 kwietnia 2005 roku.
Po dwóch miesiącach wracam na łamy pamiętnika, ale nie mam zbyt dużo do opisywania.
Przez ostatnie kilka tygodni właściwie nic się u mnie nie działo, dopiero
kwiecień przyniósł troszkę zmian.
Pierwszą zmianą był ślub kościelny Ewy (znanej Wam z biografii).
Ewa mieszka na Śląsku z mężem i 4-letnim synkiem, ale dotychczas miała tylko
ślub cywilny. W końcu nadszedł ten czas, że postanowili złożyć przysięgę
także w kościele.
Ślub odbył się 9 kwietnia (w sobotę) w godzinach popołudniowych, niestety
nie mogłem w
nim uczestniczyć, ale złożyłem Ewie życzenia zarówno w telegramie, jak i SMSem.
A w marcu wynikła jeszcze taka zabawna sytuacja - gdy Ewa mieszkała jeszcze w
Żabnie i przychodziła do mnie codziennie, to pewnego razu zrobiliśmy taki mały
zakład, że nie będziemy przez miesiąc jeść słodyczy. Zakład oczywiście wygraliśmy
oboje, choć czasami było ciężko wytrzymać... :-)
No więc Ewa się martwiła swoją wagą (czy się zmieści w sukienkę ślubną), a ja
jej zaproponowałem mały zakład - że przez cały marzec schudnie 4 kilogramy. Mogła
jeść co chciała, ja jej nie kontrolowałem, byleby schudła.
Na początku kwietnia gdy się zważyła, to się okazało, że... zamiast schudnąć
4, to przytyła jeszcze 2 kilo. Zakład przegrała, ale w suknię się zmieściła. :-)
Przez cały czas pogoda nas
nie rozpieszczała, niby było słonecznie, ale wciąż zimno. Dopiero ostatni
tydzień był na tyle ciepły, że mogłem wyjść na pierwszy wiosenny
spacer.
W połowie ubiegłego tygodnia przyszła po mnie Sylwia i wybraliśmy się na
przechadzkę do lasu na Krajkowo. Była godz. 17 gdy wyruszaliśmy z domu,
słońce było już dość nisko, ale jeszcze ładnie grzało (temperatura oscylowała
w granicach 18 stopni). Wiatru prawie nie było, więc było bardzo przyjemnie
i ciepło.
Szliśmy powoli napawając się słonecznym ciepłem i śpiewem ptaków. W lesie
na początku było fajnie, zapach żywicy rozgrzanej na słońcu odpędzał do
reszty wspomnienia o zimie, ale w głębi lasu gdzie był już większy cień
było trochę zimnawo. Z powrotem gdy wyszliśmy na szosę i szliśmy przez
pola w pełnym słońcu, to znów się zrobiło cieplutko i fajnie. Nie wziąłem
niestety aparatu fotograficznego, bo zrobiłbym piękne zdjęcie sarenkom
na polu.
A drugi spacer miałem w niedzielę
(przedwczoraj). Tym razem wybraliśmy się po południu (po obiedzie), była
z nami także 8-letnia siostra Sylwii - Zuzia. Z początku mieliśmy zamiar
znów iść do lasu, ale koło cmentarza zmieniliśmy zamiar i ruszyliśmy w
przeciwnym kierunku - do Grzybna nad stawy.
Szliśmy akurat prosto pod słońce, ja niestety nie wziąłem swojej czapki
przeciwsłonecznej, więc gdy doszliśmy do Grzybna, to słońce już mnie trochę
przypiekło, a głowa zaczęła mnie z lekka boleć. Ale zrobiliśmy mały postój
pod sklepem w cieniu i zagrożenie udaru słonecznego oddaliło się. ;-)
Postanowiliśmy iść dalej, do koleżanki mieszkającej niedaleko w maleńkiej
poPGRowskiej "wiosce" (o ile wioską można nazwać 7 chat na krzyż). Szliśmy
trochę dłuższa drogą, ale za to asfaltową. W sumie to chyba było jakieś
7-8 km od Żabna, więc trasa dość długa. Dotarliśmy w koncu na miejsce,
posiedzieliśmy 2 godzinki, pogadaliśmy, a parę minut po godz. 19 wyruszyliśmy
z powrotem do domu. Tym razem szliśmy krótszą trasą, ale drogą polną -
gliniastą i twardą, gdzieniegdzie podsypaną gruzem. Do Grzybna dojechaliśmy
szybciej, ale za to wytrzęsło mnie okropnie na tej "ścieżce tortur". Za
to potem szliśmy już szosą, więc było lepiej. Do domu wróciliśmy przed
godz. 21, szliśmy trochę ponad 1.5 godziny.
Po tym spacerze taki byłem wymęczony, jakbym wrócił z tygodniowej pieszej
pielgrzymki. Na drugi dzień rano ledwie mogłem wstać z łóżka, bolały mnie
wszystkie mięśnie...
Ale cieszę się, że robi się lepsza pogoda i nie będę już siedział cały
czas w domu jak we więzieniu.
Cieszę się ze spacerów, ale
martwi mnie stan mojego zdrowia. Przyjaciołom mówię że wszystko jest w
porządku, niestety nie jest tak dobrze jakbym
chciał...
Tak ogólnie to wydaje się wszystko ok, ale... od kilku tygodni odczuwam
czasami ból w klatce piersiowej. Z początku myślałem że to coś z sercem
(gdyż czułem jakby mi ktoś wbijał igłę właśnie w okolicy serca), ale ostatnio
ból pojawił się także z prawej strony. Podejrzewam, że to powolny atak
FOP ściska klatkę piersiową w pancerzu kostnym.
Z jedzeniem też powoli zaczynam mieć problemy. Jeszcze mogę w miarę normalnie
jeść, ale wciąż odczuwam ból w żuchwie, tak jak wtedy gdy jako 12-latek
miałem
"przebłysk", który unieruchomił mi szczękę. Ten ból nie jest tak silny
jak wtedy, ale odczuwam go bez przerwy, szczególnie przy jedzeniu.
Także ręce nie są już
tak sprawne jak dawniej. Niby zakres ruchów jest cały czas taki sam, ale bóle
i drętwienie przegubów przypominają mi o mojej
wrednej chorobie.
Nogi też już są coraz słabsze i też często bolą...
Ale staram się żyć dalej,
chociaż nie wiem na jak długo mi jeszcze sił starczy...
Za oknem biało od śniegu,
w kalendarzu 25 lutego 2005 roku, a w głośnikach rozbrzmiewa
prześliczna muzyka rosyjskiego zespołu "Laskowy maj". Trochę romantyczna,
trochę dyskotekowa... napawa moją słowiańską duszę radością, a także...
tęsknotą.
Jako że w zimie to właściwie
dni są u mnie takie same, więc na razie nie mam co Wam opisywać, gdyz każdy
dzień jest podobny. Ale pomyślałem sobie, że skoro moje myśli ostatnio
wciąż krążą wokół jednej z moich przyjaciółek, więc może trochę przybliżę
Wam
jej osobę.
A moja opowieść (rozprawka)
będzie o Ani mieszkającej na Śląsku (dokładny adres zachowam dla siebie
:-) ). Właściwie to ma ona na imię Anna Maria, ale nie chciało mi się pisać
w pamiętniku podwójnego
imienia i tak już zostało. :-)
Poznałem ją na moich urodzinach półtora roku temu. Ania jest koleżanką
mojej sąsiadki - Edyty - i miała przyjechać do niej z wizytą. A że akurat
wyprawiałem swoje urodziny, więc postanowiłem zaprosić Anię na imprezę
urodzinową. Jej urodą nie będe się za bardzo zachwycał, bo to nie wypada.
;-)
W każdym razie Ania jest na fotkach na podstronie "Zdjęcia",
więc możecie sami zobaczyć jak wygląda.
W sumie to nie mieliśmy ze sobą zbyt dużego kontaktu, gdyż ja miałem wtedy
gościa, a Ania gościła się u Edyty. Poza całusami na pożegnanie ledwie
zdążyliśmy wymienić się numerami komórek i Ania gdy
wracała do domu to przez cały dzień otrzymywała
ode mnie miłe SMSy.
Potem nastąpiła wymiana korespondencji (a raczej to ja jej pisałem w listach
o sobie); nie wiem dlaczego, ale czułem że mogę jej zaufać i opowiedzieć
o całym moim życiu. Czasem tak jest, że nowo poznane osoby wywierają na
nas takie wrażenie, jakbyśmy się znali całe życie i rozumieli bez słów.
Tak właśnie było z Anią - to krótkie spotkanie sprawiło, że zaufałem jej
bezgranicznie i otworzyłem się przed nią całkowicie. W listach opowiadałem
jej o sobie, a co jakiś czas zadzwoniłem do niej i rozmawialiśmy o tym
co przeczytała w moich listach. A za każdym razem rozmawiało nam się znakomicie,
zawsze na wesoło, czasem flirtowaliśmy ze sobą... :-)
Pewnie myślicie, że się w niej zakochałem? Otóż... nie.
Może bałem się po raz kolejny odrzucenia, może nie chciałem kolejnej platonicznej
miłości - w każdym razie Anię pokochałem inną miłością - taką przyjacielską,
jaką się czuje do bardzo dobrego przyjaciela. Mam w ramce jej zdjęcie (i
codziennie na nie spoglądam), myślę o niej bardzo ciepło przez cały czas,
lubię z nią flirtować podczas rozmowy, ale wiem, że nigdy nie przekroczymy
granic przyjaźni (m.in. dlatego, że Ania ma już partnera).
Ale nie smucę się z tego powodu, cieszę się z tego, że mam w niej taką
wspaniałą przyjaciółką, której
powierzam swoje najskrytsze sekrety, której mogę zwierzyć się z moich problemów
czy pochwalić jakimś sukcesem. Dobrze jest mieć kogoś tak kochanego w swoim
życiu...
Oczywiście mam też inne przyjaciółki, które też są
dla mnie ważne, ale tylko z Anią łączy mnie ta szczególna więź bezgranicznej
przyjaźni.
Teraz już wiecie dlaczego
tak często o niej piszę w moim pamiętniku (to ta moja obsesja na jej punkcie).
:-)
Na początku lutego postanowiłem
zadzwonić sobie do Ani. Tak dawno juz ze sobą nie rozmawialiśmy,
że zdążyłem bardzo się stęsknić za jej słodkim głosem. No i byłem ciekaw
co u niej słychać...
Mama akurat wyjechała z pieczarkami, więc byłem sam i mogłem
swobodnie rozmawiać (późny wieczór, ok. godz. 23). Gdy usłyszałem Anię
w słuchawce komórki, to momentalnie humor mi się poprawił (miałem wtedy
taką
małą zimową chandrę). Dowiedziałem się m.in., że wyjeżdża wkrótce do Holandii.
Zrobiło mi się trochę smutno, że Ania mnie opuszcza, ale obiecała mi, że
zawsze będzie o mnie pamiętać, będziemy nadal utrzymywać ze sobą kontakt,
a gdy czasem przyjedzie do Polski (do rodziców), to postara się kiedyś
wpaść z wizytą także i do mnie.
Ponieważ w połowie lutego miała jeszcze przyjechać do domu aby załatwić
kilka ważnych spraw, więc postanowiłem zadzwonić do niej kolejny raz, gdyż
teraz nie wiadomo kiedy się usłyszymy. Naładowałem baterię w komórce, a
gdy wieczorem leżałem już w łóżku, to wykręciłem numer Ani aby znów sobie
z nią porozmawiać. Ania była trochę przeziębiona, ale mimo wszystko postanowiła
czekać cierpliwie na mój telefon. Opowiadała mi jak tam jest w Holandii,
co porabiała przez te dwa tygodnie, rozmawialiśmy także o mnie... nawet
nie zauważyłem jak minęło... 2.5 godziny. Czas więc było kończyć, gdyż
Ania była już zmęczona, a mój kredyt w Simplusie zjechał prawie do zera.
Miło tak od czasu do czasu pogadać sobie z ulubioną przyjaciółką...
:-)
A w ostatnią niedzielę (20
lutego) przeżyłem małą niespodziankę - młodsza siostra Edyty - Sylwia -
przyszła aby mnie
zabrać do restauracji (bo Edyta jest w Belgii). Wyjazd z domu był dla mnie
małym szokiem, po tak długim siedzeniu w domu powietrze było ostre, a oczy
nie
mogły
się przyzwyczaić do tak jasnego poziomu światła. Ale po chwili było już
dobrze.
W restauracji trochę posiedzieliśmy, a potem wybraliśmy się na mały spacer.
Najpierw chciałem przejść się na cmentarz odwiedzić grób ojca. Na początku
Sylwii było trochę zimno, ale gdy na cmentarzu musiała pchać mój wózek
w sporym śniegu, to zaraz się rozgrzała.
W drodze powrotnej zdecydowaliśmy jeszcze na małą rundkę wokół centrum
Żabna. Mogłem zobaczyć moją
wieś przykrytą śnieżną kołdrą, także solidnie dotleniłem swój organizm.
Po tym spacerze byłem z lekka zmarznięty, ale zadowolony. Następnego dnia nie
odczuwałem żadnych dolegliwości z powodu zimnego powietrza, a przynajmniej teraz
czuję się trochę inaczej, bardziej "świeżo".
Dzisiejszy odcinek sponsorowała
litera "A" (jak Ania) oraz cyfra "9" (miesiąc naszych urodzin). Zapraszamy
wkrótce... ;-)
Minęły dokładnie dwa miesiące
od mojego ostatniego wpisu do pamiętnika (dziś jest 23 stycznia
2005 roku), więc czas dokonać kolejnego małego update i napisać
Wam co się ze mną działo przez ten czas...
Jakoś tak pod koniec listopada
skontaktowała się ze mną Fundacja TVN. Zaproponowali mi wspaniały prezent:
miałem sobie wybrać nowy komputer, za który oni zapłacą. Ponieważ mój stary
komputer chodził już coraz gorzej, więc ogromnie się ucieszyłem, że będę
miał nowy sprzęt, który przecież jest częścią mego życia.
Na znalezienie odpowiedniego modelu miałem mniej więcej tydzień czasu.
Nie chciałem kupować sprzętu gdzieś w supermarkecie czy jakimś podrzędnym
sklepie komputerowym, gdyż chciałem mieć porządny komputer, który wystarczy
mi na długi czas. Dlatego też o pomoc poprosiłem poznański oddział mojej
mafijnej "rodziny" ;-).
Jeden z członków "mafii" zgłosił swoją gotowość do wybrania odpowiedniego
sprzętu, tym bardziej, że pracując w branży komputerowej miał spore rabaty
w hurtowni komputerowej. Podesłałem mu wstępny projekt nowego komputera,
po drobnych poprawkach zamówił części i złożył komputer w całość.
Przesłał fakturę do Fundacji TVN, ale postanowił zrobić mi niespodziankę
i... 5 grudnia (w przeddzień Mikołajek) nie czekając na przelew przywiózł
mi komputer. Szczegóły konfiguracji znajdziecie na podstronie "O
mnie", powiem tylko że przesiadka z Celerona 433 MHz na Pentium4 2.8
GHz była dla mnie szokująca. Ale praca np. przy stronach www teraz jest
prawdziwą przyjemnością. :-)
Święta minęły nam w miłej
atmosferze. Pod choinką znalazły się fajne prezenty (kupiłem mamie dwie
ciekawe książki, a ona mi sprezetowała nowy portfel), mama jak zwykle przygotowała
pyszne potrawy i jak zwykle się objadłem niemożliwie... :-)
Sylwester raczej niewart wzmianki,
bo spędziłem go przed komputerem...
Nowy Rok rozpocząłem w raczej
znudzonym i zmęczonym nastroju. Znudzony, bo siedząc ciągle w domu i nie
wychodząc na spacer każdy dzień jest podobny do poprzedniego. A zmęczony,
bo na początku stycznia miałem sporo roboty przy naszej "mafijnej" stronie
www...
I tak oto płynie mi czas...
Od porannego włączenia komputera aż do jego wieczornego wyłączenia. Posłucham
muzyki, obejrzę jakiś film, pogram w gierki, a przede wszystkim próbuję
poduczyć się języka HTML. Ale przyzwyczajony do wizualnej pracy w Dreamweaver
MX jakoś nie pałam chęcią nauki.
Zresztą pora jest nie ta. Z powodu małej ilości słońca i braku świeżego
powietrza wciąż jestem przemęczony, a z powodu suchego powietrza (przez
kaloryfery) mam problemy z oczami (pieką po dłuższym pobycie przed komputerem)
i cerą (przesuszona i szara). Przydałaby mi się jakaś kosmetyczka. Ktoś
się zgłasza na ochotnika? ;-)
Dziękuję
wszystkim, którzy dokonują wpłat na moje konto w mBanku. Czasem są to drobne
kwoty, czasem większe, ale każda wpłata jest dla mnie ważna. To
miło, że są jeszcze osoby, które potrafią okazać innym serce. Może dzięki
Wam uda mi się zrealizować jedno z moich marzeń i w końcu wyjechać na wczasy
nad moje ukochane morze?
Jeszcze raz bardzo
dziękuję.
W moim kolejnym małym update
pamiętnika (23 listopada 2004 roku) zaczynamy od zmiany
adresu - ponieważ w serwisach zajmujących się rejestracją domen trwa aktualnie
promocja domen .info, więc postanowiłem "szarpnąć się" na niecałe
dwa dolary i wykupić sobie domenę.
Zatem aktualny adres mojej prywatnej strony zmienia się z www.fop.skonet.pl na www.przybysz.info
Prawda że ładny? :-)
Kilka dni po moim ostatnim
wpisie zdarzyło się coś niezwykłego, o czym nigdy nie myślałem że nastąpi.
22 października otrzymałem dwa niezwykłe maile - oba od osób... chorych
na FOP.
W pierwszym mailu napisał do mnie ojciec 14-letniej dziewczynki z FOP.
Z początku tak się zastanawiałem czy to faktycznie jest ta choroba, ale
lekarze potwierdzili tę informację. Otrzymał ode mnie
wskazówki dotyczące życia z tą chorobą, pomogłem mu zarejestrować sie
w stowarzyszeniu IFOPA, mamy też stały kontakt mailowy...
Drugi mail był od 24-letniego Daniela, tu byłem bardziej zaskoczony, gdyż
jego objawy chorobowe były niemal identyczne jak u mnie. Też ten sam okres
rozpoczęcia choroby (6 rok życia), taka sama możliwość poruszania się (gdy
jeszcze chodziłem), nauczanie indywidualne w domu...
Nie myślałem, że w jednym
dniu odnajdą się aż dwie osoby z FOP. Obecnie nasza polska "sekta" ;-)
liczy sobie 7 osób plus dodatkowo ta nieznana dziewczynka, o której pisałem
wcześniej, a z którą nie mam jeszcze kontaktu.
Dzień 1 listopada przeminął
spokojnie, a nawet nostalgicznie. Tym razem rodzina nie przybyła tak licznie
jak zwykle. Po południu poszedłem z mamą na cmentarz, chyba z powodu lepszej
niż ostatnio pogody na groby bliskich przybyło więcej osób niż w ubiegłym
roku.
Potem jeszcze około godz. 22 wybrałem się z mamą jeszcze raz. Cmentarz
spowijał blask zniczy, ale najczęściej spotykane czerwone znicze dawały
przytłumione światło, więc było dość ciemno i ponuro. Byliśmy z mamą jedynymi
osobami na cmentarzu...
Końcówka jesieni to szał grzybowy.
W lesie tłumy zachowujące się jak dzikusy, krzyki dzieciaków, szczekanie
psów puszczonych luzem... byłem raz z mamą na grzybach. Akurat to był ostatni
dzień z piękną, słoneczną i ciepłą pogodą, więc z przyjemnością opuściłem
moje "więzienie" aby się odświeżyć i dotlenić.
Mama zostawiła mnie na leśnej drodze, a sama zniknęła na dobrą godzinę.
Zamknąłem oczy i napawałem się słonecznym ciepłem, w lesie nie było ludzi,
więc miałem także spokój. Zanim mama wróciła z koszykiem grzybów, to ja
zdążyłem sobie wypocząć na świeżym powietrzu, a także wysłać kilka SMSów
przyjaciołom.
Do domu wróciłem wypoczęty i w świetnym nastroju.
Niestety, pogoda później się
zepsuła i od jakichś dwóch tygodni nie wychodzę w ogóle z domu. Raczej
nie pada zbyt często, ale jest dość zimno, a ja siedząc na wózku nawet
gdy jestem grubo ubrany, to szybko przemarznę.
Za to mama wpadła w szał grzybowy. Nie było prawie dnia aby nie pojechała
rowerem do lasu, grzyby przywoziła koszykami, suszyła lub mroziła, a także
dawała znajomym i rodzinie. Nam zostawiła trochę grzybów, akurat tyle co
dla nas dwóch wystarczy...
Na koniec jeszcze informacja
- telewizja TVN zgodziła się w końcu na opublikowanie reportażu na mojej
stronie, więc teraz wszyscy Ci, którzy nie mieli okazji zobaczyć mnie w
programie "Zielone Drzwi", mogą sobie ściągnąć nagranie i obejrzeć na swoim
komputerze. Szczegóły znajdziecie na nowej podstronie "Reportaż".
Dzień dobry w dniu 18
października 2004 roku.
Od miesiąca jestem już starszy o kolejny rok... tak, tak, to już licznik
przeskoczył na 32 lata. Staruszek ze mnie, co? ;-)
Moje urodziny wypadły w tym
roku nad wyraz skromnie. Nie wyprawiałem żadnej imprezy, jedynie kilku
znajomych i przyjaciół złożyło mi życzenia telefonicznie, mailem i SMSem.
Ale prawdziwą radość sprawiła mi mama. Przez prawie całe wakacje pracowała
u gospodarza na polu przy burakach aby zarobić na zimową kurtkę dla siebie
oraz prezent urodzinowy dla mnie. Troszkę musiałem poczekać, potem poszukać
m.in. na Allegro, aż wreszcie udało mi się kupić moje wymarzone cudo -
telefon Siemens S55 wraz z aparatem fotograficznym.
Natrafiłem na niego na Allegro, a ponieważ sprzedawca był z Poznania, więc
umówiliśmy się na odbiór osobisty. Po krótkich poszukiwaniach kierowcy
znajomy zgodził się pojechać po ten telefon. Przyjechał do
mnie po adres i po małej konwersacji z mamą zapakowali mnie wspólnie do
samochodu i pojechałem razem z nim.
Po raz pierwszy od ponad trzech lat znów byłem w Poznaniu, od mojej ostatniej
wizyty bardzo się zmienił...
Podjechaliśmy na miejsce, wymieniłem pieniądze na telefon i po godzinie
jazdy byliśmy z powrotem w moim domu.
Starą komórkę dałem mamie, a sam teraz z wielką przyjemnością używam mojego
cuda. SMSy, rozmowy... fajnie się go obsługuje, a dźwięk podczas rozmowy
jest bardzo wyraźny.
Aparat fotograficzny też robi niezłe zdjęcia, a możecie się o tym przekonać
na podstronie "O mnie", gdzie zamieściłem moje najnowsze zdjęcia (po wizycie
fryzjera). :-)
Kilka dni później odbyła się
publikacja reportażu o mnie w programie "Zielone Drzwi". Jako że nie mam
TVNu, więc reportaż oglądałem u brata.
Obejrzałem i... zostałem bardzo mile zaskoczony. Hania z tych 6 godzin
naszej wspólnej pracy zrobiła tak zgrabną kompilację, że nie było się do
czego przyczepić. :-) Po prostu reportaż idealny.
Ponieważ jeden ze znajomych z tej mojej "mafii" ;-) nagrywał ten reportaż
na komputerze, więc po małej obróbce i konwersji na Divx'a przesłano mi
to Internetem. Chciałbym Wam tu podać oficjalny link do tego materiału,
ale niestety TVN jeszcze nie wyraziło zgody na publikację, więc muszę być
grzeczny
i
nie piracić. ;-) Może w przyszłości się zgodzą, to będę mógł ujawnić gdzie
ten plik leży na mojej stronie, a póki co to musicie mnie o to pytać. :-)
Po tym reportażu zrobiłem
się bardziej znany, otrzymałem trochę maili z gratulacjami, a na Gadu-Gadu
co chwilę ktoś mnie zaczepiał. :-)
Na szczęście teraz się już trochę uspokoiło, bo przyznam się że ta popularność
zaczęła mnie męczyć. Ja nie jestem osobą, która musi być w centrum uwagi,
wolę żyć cicho i na uboczu. ;-)
Czekając na maila od Iwony
(przez którą mam kontakt z Adriankiem) i zastanawiając
się co słychać u małego postanowiłem sprawdzić jakie informacje o FOP można
znaleźć w polskim Internecie. Tak jak przypuszczałem - poza
moją stroną właściwie nie ma innej na temat tej choroby.
Ale trafiłem na coś, co bardzo mną poruszyło - być może znalazła się kolejna
osoba chora na Fibrodysplazję. Na stronie Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego
w Krakowie -
Prokocimiu trafiłem na link do klinicznych spotkań
chirurgów dziecięcych z pediatrami. Te spotkania odbyły się w dniach
13-14 lutego 2004 roku. W pierwszym dniu spotkań
znalazłem coś takiego:
14. Opis przypadku.
Czteroletnia dziewczynka z rozpoznaniem Fibrodysplasia ossificans progressiva
Wiedząc co przeżył Adrianek postanowiłem przez lekarzy trafić na jakieś
namiary na tę dziewczynkę, aby jej rodzicom opowiedzieć o FOP. Niestety,
chwilowo nie można skontaktować
się ze szpitalem (z Pracownią Radiologii), gdyż nikt na oddziale nie
odbiera telefonu.
Więc jeśli któryś z moich czytelników jest z Krakowa - bardzo proszę aby spróbował
skontaktować się z tym szpitalem i podał im namiary na moja stronę i maila,
aby któryś z lekarzy mógł do mnie napisać w sprawie tej chorej dziewczynki.
Co my to dzisiaj mamy? A tak
- 26 sierpnia 2004 roku.
Dokładnie za miesiąc, czyli 26 września (w niedzielę) o godz... hm, nie
wiem dokładnie, ale między 15 a 16... w telewizji TVN ukaże się kolejny
odcinek programu "Zielone Drzwi", w którym będziecie mieli niepowtarzalną
okazję zobaczyć na własne oczy moją przystojną osobę. ;-)
Nie mam pojęcia jak to się odbędzie, bo na razie Hania milczy i nie odpowiada
na mojego maila. Pewnie wyjechała na urlop, albo na kolejny reportaż...
Pod koniec lipca miałem fajne
przeżycie. 29 lipca (w czwartek) wybrałem się z moim bratankiem
do Jaszkowa do tamtejszego Centrum Hipiki na Mistrzostwa Europy w skokach
przez przeszkody:
Jaszkowo
znajduje się ok. 8 km od Żabna. Wyruszyłem z Bartkiem około godz. 11.30,
temperatura oscylowała w granicach 31
stopni, na niebie zero chmur i pełne słońce. Na szczęście trasa wiodła
szosą przez Brodniczkę, Esterpole i Ludwikowo (okoliczne wioski), a po
drodze mieliśmy w lesie trochę cienia.
Na miejsce dotarliśmy około godz. 13.20 (z kilkuminutowym postojem po
drodze "na popas").
Przy bramie głównej Centrum Hipiki były sprzedawane bilety. Trafiłem
na dobrą duszę (i znajomą z Żabna), która Bartka, jako mojego
opiekuna, wpuściła za darmo (gratis wstęp był dla dzieci do 12 lat, a
on ma chyba rok czy dwa więcej).
Kupiłem bilet i poszliśmy się rozejrzeć.
Najpierw na takim wielkim boisku ekipy prowadzały swoje konie (chyba
dla rozgrzewki), ogólnie nic ciekawego.
Wróciliśmy do bramy głównej i weszliśmy na teren Centrum. Drogą między
stajniami doszliśmy na miejsce gdzie miały się odbywać zawody w
skokach przez przeszkody. Obok stało mnóstwo stoisk i namiotów z
jedzeniem, pamiątkami i innymi pierdołami - a wszystko okropnie
drogie. Kapelusz (pseudo)kowbojski 35 zł, szpicruta bodajże 45,
czapka "bejzbolówka" 25 i więcej. Ceny obrazów i takich lepszych
rzeczy nawet nie śmiałem się wypytywać. :-)
O godz. 14 rozpoczął się konkurs skoków przez przeszkody. Ogólnie
nawet ładnie to wyglądało, tylko za dużo ludzi się kręciło i mi co
chwilę zasłaniali widok. A do góry na taras widokowy nie dało rady
wejść.
W przerwie zrobiliśmy kolejny rekonesans po stoiskach w celu
spożywczym, dla smakoszy - chleb ze smalcem i ogórkiem lub z gzikiem
(taki poznański przysmak - twarożek ze śmietaną, solą i pieprzem)
kosztował po 50 gr za kromkę. A tak to nuda - lody, gofry, słodycze,
frytki...
Kolejna porcja skoków - konie były coś nerwowe i kilku zawodników nie
ukończyło przejazdu. Chyba konie wystraszyły psy, których tam się
trochę wałęsało (przyjechali z nimi goście z zagranicy). W każdym razie dość
często widać było, że jeźdźcy nie mogli opanować swoich koni - albo
zbyt późno spinali konie do skoku i robili zrzutkę z przeszkody, albo
też konie gwałtownie stawały przed samą przeszkodą i kilka razy
jeźdźcy spadali na ziemię.
Konkurs zakończył się koło godz. 17. Powoli zbieraliśmy się do domu,
po drodze jeszcze zahaczyliśmy na godzinkę pod wioskowym sklepem (na
pogawędkę ze znajomymi), no i o 18.20 ruszyliśmy w trasę.
Do domu wróciliśmy o 20.15, w sam raz aby zdążyć na "Żandarma na
emeryturze" z Louisem de Funes na Jedynce.
Ponieważ z domu rzadko wychodzę, więc skórę mam delikatną. W Jaszkowie
się "nieco" przypiekłem, zwłaszcza podczas spacerów między stajniami
i
terenie otwartym (najgorzej było między stajniami na otwartym terenie,
gdzie nie było ani grama wiatru, a słońce prażyło prosto w oczy -
czułem się jak na patelni). Z powrotem słońce mimo iż świeciło mi w
oczy, to nie było już takie ostre, więc zdjąłem czapkę aby trochę
przewietrzyć głowę.
Do domu wróciłem czerwony jak burak, z trudem się umyłem (z powodu
piekącej skóry) i po małej kolacji położyłem się do łóżka. Na wózku
nie dałem rady już wysiedzieć, bo w Centrum potężnie mnie wytrząsło na"
kocim bruku", a szosa po drodze też nie była najgładsza. W nocy źle
spałem z powodu bolących nóg oraz piekącej twarzy.
Ogólnie to męczyłem się z tą twarzą jeszcze przez dobry tydzień, ale potem
już było ok.
Przekonałem się po raz kolejny, że jednak nie wolno zapominać o kremie ochronnym,
chyba że człowiek chce trochę pocierpieć. :-)
Zdrowie na razie mi nie dokucza,
jedynie czasami w nocy drętwieją mi nogi lub ręce (tak jakby krew do nich
nie dopływała). I czasem czuję takie lekkie kłucie w klatce piersiowej
z prawej strony, ale to zupełny drobiazg.
Za to zmienił się mój stan
psychiczny. Oczywiście na lepszy. :-)
Dzięki Rysiowi i Aldonie (moim przyjaciołom) udało mi się "wkręcić" na
pewną prywatną grupę dyskusyjną poświęconą m.in. technologii GSM. Wszyscy
tam przyjęli mnie bardzo ciepło, a informacje o nowych promocjach czy telefonach
są dla mnie bardzo ciekawe.
Jakiś czas temu powstał projekt takiej grupowej strony www. Admin serwera
- Witek - poprosił mnie o pomoc przy zrobieniu tej strony. A właściwie
to mogę się przyznać, że ja odwaliłem całą robotę przy stronie, a on to
tylko wrzucił na serwer. :-)
Minęło trochę czasu i... zrobili mi wspaniałą niespodziankę. Andrzej mnie
uprzedził telefonicznie, że mam się spodziewać wizyty kuriera. Przyjechał
po południu z dwoma wielkimi paczkami. W jednej był wspaniały 17-calowy
monitor, a w drugiej... telefon Sony Ericsson T610. Dzień lub dwa później
przyjechał kolejny kurier z następną paczką. Tym razem znalazłem w niej
kartę SIM do T610 z aktywacją GPRS, dzięki której mogę sobie poprzez komórkę
posiedzieć trochę w Internecie, pogadać z przyjaciółmi na GG czy ircu i
mieć taką namiastkę stałego łącza.
A monitor jest wspaniały. Mój poprzedni (14-calowy) zaczął się już powoli
sypać, tracić synchronizację, natomiast to nowe cudo z płaskim ekranem
i wbudowanymi głośnikami
sprawia, że oglądanie filmu na komputerze jest teraz prawdziwą przyjemnością.
Dobrze jest być w takiej mafii... ;-))
PS. Jeśli przez dłuższy czas
nie będę się odzywał, to możecie podejrzewać, że mnie "sprzątnęli" za ujawnienie
co poniektórych "mafioso". ;-)
|
 |